Strona:Iliada2.djvu/366

Ta strona została przepisana.


By nieczyste robactwo, padaiąc na rany,        23
Które licznie odebrał przyiaciel kochany,
W członki nie zapuściło skazy i zepsucia.[1]
A matka: „Oddal, synu, troskliwe te czucia:
Ręka moia robactwo natrętne oddali,
Chciwie żrzące rycerzy, których Mars obali.
Nie zepsuie się, choćby cały rok leżało,
Owszem nową świeżością upięknię to ciało.
Ty naradę zbierz zaraz wodze i narody,
I gniew złożywszy, przystąp z Atrydem do zgody,
A z tą zbroią wdziéy męztwo do wielkiego czynu.„
Rzekła, i bohatyrski duch zagrzała w synu:
W nozdrze zaś Patroklowi, dla ochrony ciała,
Czerwony nektar z wonną Ambrozyą wlała.
Pelid obiegał brzegi morskie i hukliwy
Z piersi glos wypuszczaiąc, zwoływał Achiwy.
Liczni na radę tłumem idą woiownicy,
Gromadzą się maytkowie, gromadzą sternicy,
I co chleby dzielili między zbroyną rzeszą:
Wszyscy się poruszaią, wszyscy chciwie śpieszą,
By widokiem rycerza napaść oczy swoie,
Którego długo krwawe nie widziały boie.
Dway mężowie waleczni, łaski Marsa warci,
Ulisses i Dyomed, na włóczniach oparci,
Jeszcze z ran cierpiąc, nogą stąpaią nieskorą,
A piérwsi tam przybywszy, piérwsze mieysca biorą.

  1. Achilles okazuie czułą troskliwość, względem zwłok swego przyiaciela. Skaliger nad tém mieyscem śmieszną zrobił krytykę.