Strona:Iliada3.djvu/103

Ta strona została przepisana.


Będę iadł, choć mię więcéy żal, niźli głód ciśnie.        49
Rano, skoro Jutrzenka na niebie zabłyśnie,
Rozkaż, królu, zwieźć drzewo, i podług zwyczaiu,
Daymy cześć idącemu do ciemnego kraiu.
Niechay go z oczu płomień oddali niezwłocznie,[1]
Wtedy lud woyny prace nanowo rozpocznie.„
Do chęci iego cała rada się przychyla,
Potém się każdy ucztą gotową zasila:
Pokrzepiwszy zaś ciało obfitą biesiadą,
Rozchodzą się, i w swoich namiotach się kładą.
Pelid, (a gęste ięki wypuszczaią płuca),
Na gołéy ziemi wpośród Ftyotów się rzuca,
Nad brzegiem, gdzie szumiące wały morze toczy,
Aż sen, słodzący troski, chwycił iego oczy.
Bo członkom swoim wielkich trudów nie oszczędził,
Gdy, wkoło murów Troi, za Hektorem pędził.
Wtém przyszedł cień, Patrokla istne wyrażenie,
Ten wzrost, ten dźwięk, taż odzież, toż miłe spoyrzenie,
I schylony nad głową, czułym rzecze głosem:
„Spisz Achillu! nie myślisz nad Patrokla losem!
Więc się iuż rysy moie z twéy pamięci starły?
Żyiący miły byłem, zapomnian umarły.
Żebym wniśdź mógł do piekła, nie zwlekay pogrzebu,
Blade mary nie daią wstępu do Erebu:
Nie mogę przebrnąć rzeki, bo mi zabroniona,
A tak nędzny się błąkam przy bramach Plutona.

  1. Podług mniemania dawnych, cienie zmarłych, błąkały się przez lat sto, nim przeszły rzekę Styx, ieżeli ciała ich nie były pogrzebane: śpieszono się więc z pogrzebem, i często ważnieysze odkładano czyny, aby czémprędzéy dopełnić téy powinności.