Strona:Iliada3.djvu/117

Ta strona została przepisana.


Nie obrok da, żelazo wam utopi w łonie.        413
Nuż więc! natężcie siły, śpieszcie moie konie!
Mam sposoby, wy tylko nie folguycie nodze,
I podstępem, w téy ciasnéy wyścignę go drodze.„
Tak on konie groźnemi słowy upomina,
Te lecą: wnet przed oczy stawia się cieśnina;
Obfite w czasie zimy zebrane potoki,
Wylizały wdłuż drogi w polu rów głęboki.
Tędy pędzi Menelay konie, i zachęca,
Bał się starcia z drugiemi: Antyloch wóz skręca,
I bokiem bieżąc, ściga swego przeciwnika.
Menelay to postrzegłszy, blednie i wykrzyka.
„Co czynisz? Wstrzymay konie! nie widziszli iasno,
Że wkrótce będzie szerzéy? Wtém mieyscu zbyt ciasno!
Na płasczyznie mię wyprzedź, tu nie masz sposobu,
Twoia płochość bydź może zgubą dla nas obu.„
Lecz próżno groził, próżno Antylocha łaiał,
On, iakby głuchy, pędził, i razy padwaiał.
A ile doświadczaiąc sił, ramieniem tęgiém
Człowiek młody na polu cisnąc może kręgiem,
Tyli sztuczny Antyloch na przód ubiegł przedział.
Menelay wóz zatrzymał, i na mieyscu siedział,
Widząc, gdyby upornie o wygraną biegli,
Starliby konie, wozy, sami w piasku legli.
Jednak ciężko rozgniewan, tak woła zdaleka.
„Nie masz podstępnieyszego nad ciebie człowieka,