Strona:Iliada3.djvu/127

Ta strona została przepisana.


Mulicy nikt mi z Greków nie wydrze: i mniemam,        673
Że równego w téy walce przeciwnika nie mam.
Czyliż niedość, żem w boiu mąż nieznany zgoła?
Lecz téż ieden we wszystkiém celować nie zdoła.
A co mówię, wykonam: kto tu wzniesie ramię,
Temu członki potłukę, i kości połamię:
Niech iego przyiaciele niedaleko stoią,
By unieśli zbitego srodze ręką moią.„
Milczą: tak ich Epeia zastraszyła ręka,
Sam się syn Mecysteia, Euryal nie lęka:
Na pogrzebie Edypa, Mecystey zadumiał
Wszystkich Kadmeiów, żaden dostać mu nie umiał.
Troskliwy o zaszczyty swego przyiaciela,
Smiałego z siebie, ieszcze Dyomed ośmiela:
On w nim dobrą nadzieią ochotę podwoił,
Sam przepasał, sam iego prawicę uzbroił.
Weszli w koło, twardemi obciążeni pasy,
I oba wzniósłszy ręce, z wielkiemi hałasy
Stoczyli bóy, zmieszanym grożąc sobie ciosem,
Bite szczęki gwałtownym ięczały odgłosem,
Pot hoyny płynął: każdy swą sztukę wysilił,
Wpadł Epey, a Euryal głowę wtył nachylił,
Ale próżno się chronił przed natarciem śmiałém
Wziął ciężki raz, i wielkiem okrył ziemię ciałem.
Jak skacze wyrzucona na brzeg burzą czarną
Ryba, którą wnet morskie bałwany ogrną;