Strona:Iliada3.djvu/152

Ta strona została przepisana.


Wchodzi pod namiot syna: on w bolach usychał,        127
Jeszcze nieukoiony ięczał, płakał, wzdychał.
Ziomki ucztę gotuią: piękném runem kryta,
Dopiero owca w jego namiocie zabita.
Siada przy synu, pieści, pociesza w rozpaczy,
I naywyższego boga rozkazy tłumaczy.
„Dopóki się móy synu, będziesz smucić, kwilić?
Nie chcesz się ani iadłem, ani snem posilić,
Ani trosków rozerwać użyciem kobiety.
Ach! niedługi kres życia twoiego! Niestety!
Już, tobie śmierć zagraża niecofniętym razem.
Lecz słuchay, bo z Jowisza przychodzę rozkazem:
Bardzo, mówi, na ciebie srożą się niebiany,
A ze wszystkich naywięcéy on iest zagniewany,
Że się pastwisz zaiadle nad Hektora trupem.
Złóż tę z serca zaciekłość, i nie gardź okupem.„
„Jeśli, rzekł Pelid, tak się Jowiszowi zdało,
Niech przyydą, okup dadzą, i wezmą to ciało:
Monarchy niebios wolą iam spełnić gotowy.„
Takie mieli syn z matką w namiocie rozmowy.
Jowisz rzekł do Jrydy: „Biegniy szybkim lotem,
I odemnie Pryama uwiadomiy o tém,
Żeby z dary po syna śpieszył na okręty,
Przez któreby Achilles mógł zostać uięty.
Niech nikogo nie bierze: dość, że woźny wsiędzie,
Który do miasta z ciałem wóz prowadzić będzie: