Strona:Iliada3.djvu/158

Ta strona została przepisana.


Konie prowadzą, które tyle oyciec sobie        283
Podobał, ze swą ręką sypał obrok w żłobie.
Myśląc starzy, by swego zamiaru dosięgli,
Sami ie pod wspaniałym przysionkiem zaprzęgli.
Wtedy Hekuba, ciężkim ściśniona kłopotem,
Wino słodkie w naczyniu trzymaiąca złotém,
Staie przed iarzmem koni, i męża nakłania,
Aby się nie ruszyli bez bogów wezwania.
„Wezwiy, mówi, Jowisza, gdyś iechać się zaciął,
By cię zdrowym powrócił z pośród nieprzyiaciół.
Pomimo mnie, twóy umysł téy wyprawy żąda.
Więc boga, który z Jdy na Troię pogląda,
A czarną straszy chmurą ziemnego mieszkańca;
Proś, aby ci na wieszczbę swego dał posłańca.
Niech, po prawicy, ptaków król skrzydła roztoczy:
Jeśli taki obaczysz znak na własne oczy,
Możesz iechać z ufnością między Greckie straże:
Jeśli Jowisz posłańca swego nie pokaże;
Choć ten zamysł u ciebie mocno przedsięwzięty,
Zaklinam cię, móy mężu, nie iedź na okręty.„
„O! małżonko; rzekł starzec, spełnię radę twoię,
I troski trwożliwego serca zaspokoię.
Dobrze iest podnieść ręce do boga z pokorą.
Może te modły skutek pomyślny odbiorą.„
Zaraz kazał lać słudze wodę na prawicę,
Przyszła, niosąc nalewkę razem i miednicę.