Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/11

Ta strona została przepisana.
– 9 –

Uczniowie, siedzący opodal, odgadnąć nie mogli przyczyny tego smutku i spojrzenia, miłości pełnego, jakiem obrzucał Chrystus gród Dawidowy. Ich myśli były przedsię odmienne: boć jakimś bezgranicznym zachwytem, uwielbieniem i chlubą napawał ich wspaniały wygląd stolicy i królewska dostojność świątyni. Dziwowali się tedy Panu swemu, wpatrując się z niespokojną ciekawością w Jego oblicze.
– Nauczycielu! – ozwał się jeden z nich – azali nie olśniewa cię potęga warownych murów stolicy, okazałość i przepych domu Bożego? Wieki całe je stawiały – wieki też przetrwa Jeruzalem i stać będzie po latach, zawsze potężne, niezniszczalne, ogromne. Pojrzyj, z jakich to ciosów olbrzymich ułożone są obronne ściany miasta; ponoć nie zburzy ich nieprzyjaciel żaden, nie rozwali ich grom ni trzęsienie ziemi, nie skruszy ich gryzący ząb czasu.
Mistrz zwiesił piękną głowę na piersi – widocznie ważył te słowa. Po chwili milczenia znów się wyprostował, a usta jego zadźwięczały skargą nieutuloną, żałosną:
– Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, nadejdzie czas, iż z tych wyniosłych budowli kamień na kamieniu nie pozostanie. Wtargnie najezdnik srogi i mocny z obcej krainy i wszystko w gruz i perzynę obróci, a synów tej ziemi, jako