Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/13

Ta strona została przepisana.
– 11 –

Tchnienie wieczornego chłodu, musnąwszy skronie Zbawiciela, przebudziło go z zadumy.
– Już nam czas pomyśleć o spoczynku – odezwał się do towarzyszy. Zatem podnieśli się i poczęli zstępować z góry Oliwnej.
Jeden tylko Judasz nie powstał i nie poszedł z nimi, ale siedział jak przykuty. Na czole kreśliły się mu jakieś poważne myśli, jakieś przeczucia trapiące duszę. Może żal mu było, że to miasto wkrótce wpadnie w obce ręce, a nadewszystko, że skarby, których i setna część zrobiłaby go, Judasza, bogaczem, staną się łupem zwycięzców? Bo Judasz chciwy był na pieniądze i każdemu ich zazdrościł – więc w tej chwili myślał, iż o wiele byłoby lepiej, żeby to jemu oddano te skarby, zamiast żeby miały leżeć bezużytecznie, aż je z krwią obywatelską rzuci się pod nogi Rzymian... A zresztą może nie o tem myślał on w tej chwili, lecz przypominał sobie słowa sługi Annaszowego, który opowiadał, że pan jego wynagradza go często srebrnikami za lada usługę – podczas gdy on, Judasz, za trzy lata służby u Mistrza tylko tyle uzbierał groszy, ile niekiedy z żebraniny wśród zwolenników otrzymał? A może tylko czekał na kogoś, z kim mógłby jakiś targ pokątny załatwić? Niewiadomo – bo i któż zdoła odczy-