Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/15

Ta strona została przepisana.
– 13 –

wytłumaczyć zmęczenie, które utrudniało mu chód, a później wprost uniemożliwiało.
Zdało się Judaszowi, jakoby wór, dźwigany na plecach, coraz to pęczniał i rósł i ciężał, nareszcie przybrał w jego wyobrażeniu rozmiary góry Oliwnej. Judaszowi poczęło brakować tchu, włosy mu zjeżyły się na głowie, pot rzęsisty zwilżył czoło. Zrzucił więc brzemię i, usiadłszy pod smokowcem, począł oddychać głęboko.
Wytchnąwszy powstał i z wysiłkiem podjąwszy skarb swój, ruszył w dalszą drogę powolnym krokiem. Utrudzenie wzmagało się w przerażający sposób. Pot lał się już strugami ze skroni, serce mu tętniło, jak młot w kuźni. Dobywał sił ostatnich, by się dowlec do bramy miasta, ledwo już widocznej w zgęstniałej pomroce.
– Muszę tam dostać się rychlej, bo gotowi zamknąć przede mną wrzeciądze – pomyślał i wzdrygnął się, bo po rozpalonem ciele przeszło tchnienie wieczornego chłodu. Przyśpieszył więc kroku, kurczowo zaciskając w garści węzeł wymykającego mu się i wpijającego w ciało mieszka. Lecz dłużej nie mógł utrzymać: rzemyk przerwał się i skarb osunął się na ziemię.
Podniósł go skwapliwie i ladajak w tłomok go zawiązawszy, biec począł ku wrotom, ile mu siły pozwalały. O dziwo! Mieszek jakby stop-