Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/17

Ta strona została przepisana.
– 15 –

Judasz spojrzał po sobie z przerażeniem – i zawstydzony zwiesił głowę w milczeniu.
– Judaszu! – ciągnął Chrystus – aza nie pomnisz, iżem rzekł: Błogosławieni ubodzy? I czym ci nie mówił: rzuć wszelką majętność a pójdź za mną? Aleś ty głuchy był na słowa moje, boś nade mnie ukochał boga Mamona.
Na twarzy Judasza odbił się cień jakiś...
– I czy ty wiesz – mówił cicho Nauczyciel – co to za skarb znalazłeś na górze Oliwnej? Skarb-ci cenniejszy był, niż przypuszczałeś – tak cenny, iż się nim kupczyć nie godziło. Łzy-ci to moje były, łzy wylane za ludzi tysiące, a może przedewszystkiem za ciebie. Zaprawdę przyjdzie czas, kiedy i mnie samego zaprzedasz...
Westchnienie przerwało mu mowę. Szli obok siebie w milczeniu po uśpionej ulicy. Gdzieś tam zamigotały kagańczyki i rozległ się chrzęst żelaza. To szła miarowym krokiem kohorta rzymska, w stal zakuta i sama jakby ze stali. Szli na zmianę warty do zamku namiestnika.
Chrystus powiódł po szeregach smutnym wzrokiem: może przyszło mu na myśl czekające go pojmanie w ogrojcu, może zaś opłakane przezeń zburzenie miasta świętego?