Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/51

Ta strona została przepisana.
– 49 –

się jakby cud: przed oczyma chłopca nagle jodełka zalśniła, jak choinka wigilijna, mnóstwem świeczek rozjarzona... śnieg biały, puszysty, roziskrzył się tysiącem tęczowych iskierek i promyczków, niby pył brylantowy, a na każdej gałązce inne przybierający kształty: to obwisał, jak rąbek tkaniny, to w krążek się uścielał jak gniazdko ptasie, to znów wysterczał jak figurka z cukru... Gdzieindziej zaś w festony i łańcuchy migotliwe się wiązał lub rozsnuwał się, niczem subtelne i drgające przędziwa „wło­sów anielskich“ – zaś wierzchołek jodełki rozbłyskiwał lodową iglicą, z której, jak mydlane kule ze słomki, wytryskiwały różnobarwne gwiazdeczki.
Jakiż to anioł przyniósł tutaj tę choinkę? Czy przyniósł ją na prośbę matki?...
Tam w domu teraz brzmi kolenda. Jarzą się świeczki i twarze rozjaśniają się wśród śpiewu – choć mama pewno wciąż smutna... może nawet smutniejsza, niż kiedykolwiek...

Przylecieli tak cudni anieli...
Cali w bieli – złote piórka mieli...
Przynieśli nam wesołą nowinę...

Ach! jak ta matka łzawo się modli o wesołą nowinę... o synu swym jedynaku!... A mały Ignaś, syn jej ukochany, porzucił ją i nawet znaku życia o sobie nie daje... jakby o nią nie