Strona:Józef Birkenmajer - Łzy Chrystusowe.djvu/64

Ta strona została przepisana.
– 62 –

stępstwa – mój mąż i ja zbójeckiem paramy się rzemiosłem. Bądźcie, o bądźcie nam litościwi! – i wybuchnęła rzewnem, pełnem skruchy szlochaniem.
Marja uprzejmie podjęła ją z ziemi, a syn Marji złożył kającej się niewieście łaskawą rękę na czole. Była chwila ciszy – ciszy, podobnej do gędźby zastępów anielskich. Łkanie deszczu, westchnienia wiatru tłumiły się wokół chaty, wtórując onej czarownej pieśni zachwytu. Odczuć można było obecność Boga...
Nagle znów ryknęła zawierucha, a do izby wpadł wichr rozhukany. W szedł mąż olbrzymiego wzrostu, o wilczym wyglądzie i z wilczem spojrzeniem w źrenicy. Na widok gości poruszył groźnie brwiami.
– Kto zacz ci ludzie i czego chcą? – wyszło z ust jego mrukliwe zapytanie.
Ale kobieta rzuciła mu się na szyję, obezwładniając pięść, gotującą się już do zamachu.
– Mężu! – zawołała – nie czyń nic złego tym ludziom. Niebo ich zesłało, by skłonić nas do poprawy rozbójniczego życia. Patrz! Oto syn ozdrowiał i poznać go nie zdołasz. Oni to cud ten uczynili!
Zbójca, padłszy na kolana, z sercem skruszonem i ze łzą w oku spoglądał to na przycho-