Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żeliga tom II.djvu/107

Ta strona została uwierzytelniona.

śmienicie, choć nieuczony, w gębie smak taki, że każde drgnięcie zrozumiał. Galopa jak się puścił, musiałyby za nim inne truchtać. Z tem wszystkiem jeden go pan Dydak znał i cenił, a nazywał go dobrodziejem. Dobrodziej w gorący czas, wstyd przyznać, bronę włóczył... ale na małem gospodarstwie trudno było inaczej.
Pogadali z sobą u żłobu, pan z koniem.
Pani Dydakowa czegoś się dorozumiewała z niepokoju męża, ale się go badać strzegła, nie lubiąc się spowiadać tylko raz w rok około wielkiej Nocy przed księdzem. Jak też co sobie w główne osnuł, i cztery pary wołów nie wyciągnęły. Spostrzegła żona, że wieczorem szablę dobył, słomiany powróz, którym od rdzy była okręcona, rozwinął, potem i mundur wytrzepał i jakiś węzełek zrobił, i do spiżarni poszedł. Tu podpatrzono, że spory garniec jagły w sakwę nasypał albo i więcej słoniny wędzonej sztukę dobrą oderznął, kiełbas kółek kilka zdjął z drąga, i wszystko to do nagotowanej sakwy pościągał.
— Gdzie on się tak wybiera? — mówiła sama do siebie pani Dydakowa, — co to takiego jest?
Ale w domu był rygor taki, że pytać się uchowaj Boże; jak sam co powiedział, dobrze, jeśli nie chciał, to z niego tylko połajanie dobyć było można. Najczęściej o zamiarach swych milczał, dopiero gdy się rzecz stała i skończyła, lubił rozpowiadać.
Nie było więc sposobu badać, dzieci i żona wiedziały czem to pachnie.
Nazajutrz raniusieńko pan Dydak wstał, poszedł dobrodziejowi owsa zasypać, piwa sobie sam zagrzał, siodło począł opatrywać i zawołał z alkierza jejmości.
— Moja panno — rzekł — mam to ja interes, muszę to ja pojechać, sumienna rzecz, święta sprawa, choć kości bolą, a muszę... Otóż chciałem ja asińdzce powiedzieć, że się mogę zabawić, abyście się nie frasowali, wszystko będzie dobrze jejmościuniu, bo kto z Bogiem Bóg z nim.