Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żeliga tom II.djvu/116

Ta strona została uwierzytelniona.

były twarze wszystkich i dziwne wejrzenia, Achinger płakał. Milcząco położyli go na wóz i ruszyli jak z pogrzebem. Wypadek walki był fatalny i wielkiego znaczenia. Dydak wprawdzie bił się wybornie, ale ci, co na rąbaninę jego patrzyli, zaręczeli, że nic podobnego w życiu nie widzieli: razy padały jakby nie ludzką dłonią zadawane, ale jakąś fatalnością i siłą niepojętą kierowane. On sam ani razu tknięty nawet nie został, mimo, że Przypkowski bił się bardzo dobrze i kilka razy zdawało mu się, że go ciąć był powinien. Cały ten dziwny pojedynek zrobił wrażenie wielkie na patrzących, a obejście się osobliwsze Dydaka jeszcze mu dodało dziwaczności. Odbyło się to dosyć prędko, tak, że Rymsza, któremu Bożawola polecił oznajmić o skutku i całem przejściu kasztelanowi, przed południem stanął w pałacu. Kasztelan nie spodziewał się wcale nic podobnego, pragnął nawet szlachcica odciągnąć od tego, zdziwił się więc mocno, gdy mu oznajmiono naprzód, że z rana odjechał, a potem do niego się zaanonsował pan Rymsza.
Siedzieli ze stolnikiem w salce na dole, gdy Rymsza wszedł i przedstawił się kasztelanowi.
— Przychodzę tu w imieniu dawnego towarzysza broni, pana Dydaka Bożawoli do jaśnie wielmożnego pana, abym mu zdał sprawę.
Począł tedy opowiadać szczegółowo jak się rzecz miała. Kasztelan za głowę się chwycił dowiawszy, ale choć nie rad spotkania, płakał z radości słysząc relację o pojedynku, który Rymsza opisał jak należało.
— Achinger — dodał w końcu — bodaj czy się wyliże, ręka szpetnie ucięta; a że nie chirurg z Dydaka, pono kości jednej niepotrzebnie zaczepił. Doktór źle wróży. Przypkowskiemu nic nie będzie.
— Ale gdzież Dydak? co się z nim stało?
— Pojechał do domu — rzekł Rymsza — mówiąc, że mu bardzo już pilno do żony i dzieci. Pokłon tylko złożyć kazał jaśnie wielmożnemu panu i submisję, znaj-