Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żeliga tom II.djvu/12

Ta strona została uwierzytelniona.

była mimowolnie wesołą, latała po wszystkich kątach, witała znajomych, opatrywała czy jej co nie zginęło, dziwiło ją dziecinnie i cieszyło po dziecinnemu co jej się zastarzałem, innem wydało teraz, niż dawniej. I matka odżyła przy niej, a potroszę ojciec, który tylko pilnie i troskliwie miał oko na Żeligę.
Od pierwszego wieczora Żeliga przeniósł swój tłumoczek do pokoju w oficynie, nie można było nawet prosić żeby mieszkanie zmienił.
Z soboty na niedzielę późno już, bo około północy, Barciński się był spać układł i drzemał, gdy posłyszał pukanie do drzwi. A że się mu na sen zbierało i w pierwospy go to zbudziło, począł gderać z pod kołdry sądząc, że kto z domowych niepotrzebnie mu przeszkadza do snu. W tem wszedł Żeliga wiedząc że Barciński był sam.
— Daruj mi, kochany przyjacielu — rzekł — alem cię musiał przyjść i zbudzić. Stało się ze mną coś tak dziwnego, zaprawdę, że aby oprzytomnieć i pochwycić zerwaną nitkę życia, musiałem szukać żywego i przytomnego człowieka, któryby mi ją nawiązać dopomógł.
— Cóż to jest? — spytał chwytając się z łoża Barciński.
— Weź mnie za rękę, pomacaj pulsu, — zawołał Żeliga — przyłóż dłoń do czoła; powiedz mi szczerze, czy nie mam ja gorączki?
Barciński zdumiony uczynił co mu kazano.
— Przyjacielu, kasztelanie, — rzekł po chwili — cóż to tam jest takiego, ja cię widzę w zwykłym stanie.
— A ja się czuję przytomnym także, odpowiedział Żeliga, a przecież nie mogę uwierzyć, by na jawie mnie to spotkać mogło, co mnie przed chwilą spotkało.
— Ale cóż? co? na miłość Bożą? — zawołał stolnik zrywając się z łóżka.
— Gdy ci powiem, pomyślisz żem oszalał — smutnie dodał kasztelan.