Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żeliga tom II.djvu/22

Ta strona została uwierzytelniona.

sam jeden jeszcze nie jedź, nic potem by to było. Znajdziemy jakieś zajęcie, księgi. Poszlę po pożyczenie, jeśli się zda, do Chełma, to mi tam bodaj bazyljański przeor nie odmówi, choćby furę przysłać.
— Na cóż słać, ja jutro sam starym obyczajem jako Żeliga ruszę do Chełma i księgi sobie wybiorę. Inne mi przyśle siostrzan z domu, a w oficynie miejsca i światła dosyć; rozpocznę notować historję domu, której też nam braknie. Wiem dużo tradycyj nigdzie nie zapisywanych od ojca, od krewnych; gotowa praca na dobry czas, bo to tam od kilkuset lat jest się w czem grzebać.
Wstali z ławki żegnając się. Barciński jeszcze poprowadził kasztelana do oficyn, a sam powrócił do swojej sypialni.
Dziwił się bardzo zastawszy w niej p. Marcinową, która z koronką w ręku chodziła pomięszana i wzruszona, jakby oczekując na męża. Chciał udać wesołego i począł od powitania rubasznego, ale go stolnikowa powstrzymała.
— Nie bałamuć, — rzekła — nie bałamuć i tobie nie do żartów i mnie też. Coście wy tam po nocy robili w tej ulicy z kasztelanem? hę?
Stolnik się zmięszał.
— Cóżeśmy mieli robić, chodziliśmy.
— Czego się jegomość kryjesz przedemną, tam coś się pokazuje?
— A no księżyc, — rzekł stolnik — patrzaliśmy na księżyc, prorokując pogodę, tertia, quarta qualis, tota luna talis, mam pasję to obserwować i sprawdzać.
Stolnikowa aż splunęła.
— Co waść przedemną robisz sekreta? zawołała.
Barciński, im więcej nań nalegała, postanowił się trzymać mocniej.
— Jakie sekreta? żadnych nie mam, dajcie mi pokój, uroiło się wam coś.
— No to się uroiło, odparła pani Barcińska — ale