Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żeliga tom II.djvu/30

Ta strona została uwierzytelniona.

była mieć tem piękniejsze ręce, iż ludze na nich złośliwie szukać będą pewnie śladów dawnej pracy. Rózia nie mogła ich wprawdzie zmniejszyć, ale ucywilizowała tak, że miło było na nie spojrzeć; młodość tylko jeszcze je zbyt żywym krasiła kolorytem.
Słowo się jeszcze z ust zmięszanej pani Achingerowej dobyć nie mogło, za to uśmiechała się twarz temi dwoma dołkami, oczy przymrużone lśniły, a lekkie drżenie oblicza zdradzał przestrach, który ją ogarniał. Stała tak w niepewności, gdy mąż wesół i więcej na ten raz pobłażający, odezwał się:
— Już to moja panno trzeba zrzucić pychę z serca i samej się wziąć do roboty.
Na kominie palił się ogień wesoły, rynka do bigosu była przygotowana, trzeba było widzieć, z jakim pośpiechem rzuciła się Rózia do podróżnej kuchni.
— Siadaj panie stolniku mam tu wódkę gdańską podróżną, napijemy się aby skrócić chwilę oczekiwania; a nim zakąsim twardem jajem, które jest też w pogotowiu, nadejdzie pora na bis repetita, moja Rózia się uwinie z przekąską, nie prawda? — rzekł zwracając się do żony.
— O! nie zabawię? — odpowiedziała głosem nieco drżącym — tylko zawołam aby mi podali czego braknie, a zrobię w momencie.
Chłopak zjawił się w progu, wnet posłano po materjał żądany, a w rynce już się bigos przysmażał.
Stolnik czując jego zapaszek mile się rozchodzący po izbie, aż się uśmiechnął; był dobrze głodny.
— Bigosu to nie ma na świecie jak podróżny, — rzekł. — „Kto chce dobry jeść musi z sobą wieść,“ mówi przysłowie; dopiero gdy się przetrawi drogą i przysmaży, jest bigos jak należy.
— To prawda — potwierdził Achinger śmiejąc się.
Oba oczy mieli zwrócone ku kominowi, przy którym gosposia się krzątała tak żwawo a tak jakoś zręcznie, że Achinger sam się jej zdumiewał, choć nieco niespokojny, aby na szlachecką żonę nie nazbyt się