Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żeliga tom II.djvu/62

Ta strona została uwierzytelniona.

dzidło czuć wszędzie, nieład razem i zmięszanie. Kadzono trociczkami po pokojach, rożkiem w sieni, a więcej było dymu niż zapachu. Na dobitkę ten zbytek pachnideł kazał się domyślać jakiejś niewonnej ich przyczyny, która lada chwila zwycięzko objawić się mogła.
Gosposia się rumieniła co chwila, Achinger perzył i niecierpliwił, we drzwiach to się rozczochrana pokazała dziewczyna, to minął jakiś przybór zakulisowy, który nie miał pozwolenia ukazywać się gościom. Jegomość i jejmość wybiegali na przemiany, dawali sobie znaki, brzęczały klucze, w pośpiechu leciały talerze na ziemię, chłopcy poubierani w nieswoją odzież chodzić nie umieli... słowem utrapienia z początku więcej było niż pociechy. Ale podano przekąskę i jakoś już potem wszystko weszło w karby, gdy pierwszy przestrach przeminął.
Rózia wybiegła jeszcze zajrzeć na stół i wydać rozkazy ostatnie do kuchni, a tymczasem mężczyźni poczęli w ręce asana dobrodzieja gdańską wódkę przedziwną.
Wędliny godne jej były... Justysia pomagała ochotnie Achingerowej, naostatek drzwi się otwarły i poprowadzono do stołu nakrytego z całą elegancją, na jaką stary kredencerz, który po dworach bywał, mógł się zdobyć. Szczególniej figlarne ułożenie serwet na talerzach dowodziło, że mu pańskie obyczaje nie były obce. Obrus też misternie karbowany w desenie, gdyby nie tabaka, którą go autor nieco posypał, uszedłby za prawdziwe dzieło sztuki.
Ale z temi proszonemi objadami na wsi, zawsze jedna historja: jedno się przysmali, drugie przydymi, trzecie niedopieczone; im gospodarz by bardziej chciał wystąpić, tem pewniej kopce i dymy zawiodą. Choć Rózia była sama w kuchni, choć kucharz miał zapowiedziane piętnaście bizunów, jeśliby sobie podchmielił, objad był nieosobliwy tylko węgorz udał się paradnie. Oblano go dobrem winem węgierskiem, naprzód słabszem, potem starem wytrawnem. Achinger,