Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Żywot i sprawy Pełki.djvu/53

Ta strona została uwierzytelniona.

nając sobie ową ciemną i posępną twarz królewską... na której losy Rzeczypospolitej wyczytać było można.
— Coś mi wasze — zawołał Świniarski — nie wyglądasz teraz na tego zucha, jakim z rana byłeś? cóżeś to połknął?
— Nic mi nie jest, — rzekł Pełka, jako był zawsze szczery i otwarty, i co myślał, tego w sobie zdusić nie umiał — a przyznam się waszmościom miłym panom braciom, że mi widok Krakowa serce zakrwawił. Bodajbyśmy się w nim obronić potrafili Szwedowi... a dalej i w całym kraju, bo go już posiadł...
Siedział też koło Medarda okrągły człek jak bańka, twarz pyzata, postawa wszystka jakby wydęta, ręce jakby na nich skóra popękać miała, oczy jakby mu je nawierzch wysadzało, rumiany i sapiący... Był to też Lublinianin, niejaki Świrski, dobrego bardzo rodu, Rusin, ale z kniaziów... ten się począł na całe gardło śmiać.
— Nie znamy się, mości Pełko, — rzekł — więc przebacz poufałości, starszy jestem, powiem ci jedno, co na całe życie posłużyć może — choćbyś się za radę i pogniewał, bo ci się z nią nieproszony cisnę. Nigdy się ewentem spraw ludzkich do zbytku frasować nie trzeba. Nam się zdaje, że my tem coś pomożemy! Gdzie zaś!... my się zmagamy do potu, a Pan Bóg chlaśnie dłonią i powywraca, gdy zechce, cośmy najdłużej po odrobinie budowali... Więc i teraz, choć bieda to hoc — Rzeczpospolita jak trawa po kośbie odrośnie... a dopustu Bożego nie zmienimy...
Uderzył go lekko po ramieniu.
— My swoje zróbmy, a resztę Bogu zostawmy.
Wtem obejrzał się Pełka: u drugiego stołu Żebrowski, z ręką obwiązaną siedząc, wąsa ponuro kręci. Trącił łokciem Laskowskiego szepcząc mu: