Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Barani Kożuszek.djvu/208

Ta strona została uwierzytelniona.

Podsędek, którego coraz głośniejsza rozmowa, dochodząca przezedrzwi z izby sąsiedniej, niepokoiła, wstał, jakby chciał skończyć konferencyę z księdzem.
— Mój ojcze — rzekł — jedyną radę mam — podniósł palce do góry. — Chcecie go salwować, tam się potrzeba udać... tam. Ja słucham rozkazów.
Westchnął ojciec Pankracy.
— Gdzieście go posadzili? — zapytał.
— Jak to, gdzie posadzili? — zawołał Suzantowski. — Może mu osobny apartament dać miano? Siedzi razem ze złodziejami i włóczęgami, pościąganymi z ulicy. Ani z miny, ani z czupryny do innego aresztu się nie kwalifikował. Prawo wszystkich równa...
— Złoczyńców — odparł żywo ksiądz. — Ale on zbrodni żadnej nie popełnił.
Suzantowski otarte pióro założył powoli za ucho.
— Wszystko to, ojcze, czegobyście po mnie w imię miłosierdzia chrześciańskiego domagać się mogli, kompetencyę moją przechodzi. Mam tylko prawo i articulo mortis posłać po spowiednika, a tymczasem pilnować, by z głodu nie umarł.
Z tem Suzantowski księdza odprawił, do sieni go odprowadził i ze spokojnem sumieniem siadł do protokółu.
Pomimo surowości podsędka i zamkniętej izby, w której siedzieli więźniowie, troskliwy o pana Maciej, zrobiwszy zapas żywności łatwo przenośnej, potrafił, przekupując straże, przesłać Baraniemu kożu-