Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Barani Kożuszek.djvu/315

Ta strona została uwierzytelniona.

lałem doprawdy. Domowe nieszczęścia, kraju losy, niepoczciwość ludzka rozpacz wywoływały!
Gdy to mówił, Brysia nagle położyła palec na ustach; wstała blada i niespokojna.
Zamilkli. Wśród ciszy z głębi domu dobywały się jakby stłumione jęki.
Niespokojna sługa wbiegła do wnętrza, drzwi nie zamykając za sobą. Krzyk się dał słyszeć nagle.
Kożuszek wstał, drżąc cały; wargi jego drżały jakby jakąś modlitwą. Chwila długa oczekiwania upłynęła.
Z załamanemi rękami, z twarzą wywróconą, Brysia wybiegła z pokojów.
— Na miłość Boga! — krzyknęła — kto żyw, kto w Boga wierzy, po doktora! Ona jest konająca. Otruła się, czy co... Przy łóżku stoi flaszka... wypiła jakieś lekarstwo... truciznę... dogorywa... Po doktora!
Stary rzucił się, niepewien czy do domu ma wpaść, czy sam biedz po lekarza. Głowę stracił. Służącego, który się zjawił, Brysia popchnęła także:
— Po doktora!
Z domu ogrodowego na wieść o chorobie pani wybiegli też wszyscy, każdy w swoją stronę, gdzie kto o jakim lekarzu wiedział.
W sypialni leżała Loiska napół żywa, blada, walcząc z jakąś siłą, która jej odbierała życie. Oczy to się zamykały ciężko, to otwierały przestraszone, oddychała z trudnością. Białemi rękami chwytała dokoła siebie odzież i posłanie, gorączkowo je ści-