Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża czeladka Tom II.djvu/18

Ta strona została skorygowana.

— Widzicie go, kumy się słyszę, wstyda!... uważaliście! hę! taż dobrego słowa nie powiedział... głupi klecha! a! a! poczekajże, nie rychło cię drugi raz poczęstuję piwem... rychlej ci dam pomyjów... Ot, to mi pan...
— At! dalibyście mu pokój, pani Balcerowa... — pocieszył Paweł... aż to tam nie jedno mu na głowie, to się na politykę nie sadzi.
— Ale ja go znam... — odparła szynkarka — całe życie dumna sztuka, górą nosa drze... a taki z chóru nie wylezie... Tożeśmy trzymali z nim dziecko u Karwowskich na Maleszowie... udaje, że nie poznał... a piwo wypił...
— I cicho już, darujcie mu — rzekł Paweł — co potem że na niego się nawymyślacie.
— Tfu! splunęła szynkarka... tak z nim jak bez niego... człek choć na szynku, ale czyściejszy może jak drugi przy kościele... Kiedyby serce wypatroszyć a zobaczyć co w środku.
Wtem burza nadchodząca spędziła ich z ganku do izby, a pan Paweł musiał konia i wózek do stajni zaciągnąć.



Chwilkę jeszcze trwały dąsy pani Balcerowej i zżymanie się na niewdzięcznego organistę, aż gdy zahuczał piorun i deszcz lunął jak z wiadra, troska o kopy, o zboże, o czeladkę wyprawioną z domu przerwała narzekanie.
Nikt jeszcze z pola nie wracał, propinatorka się turbowała i z jednego okna zaglądała w drugie.
— Ależ leje! jak z rynwy! pognoi dalipan, jak choć godzinę to potrwa... byle jeszcze Bóg chronił przypadku, bo pioruny siarczyste...
Poczciwe serce kobiety zwróciło się do dworku, gdy nań spojrzała...
— A ta nieszczęśliwa Dosia sama tam jedna przy nieboszczyku... jak to wytrzymuje... trzeci dzień. Żeby