Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża czeladka Tom II.djvu/50

Ta strona została skorygowana.

moje... a jakichś tam przykazów pośmiertnych słuchać nie myślę! co mi tam do tego... ja nie mam obowiązków żadnych.
Proboszcz już chciał odejść oburzony, ale się jeszcze powstrzymał, probując czy jej nie przekona.
— Nie godzi się tak mówić, pani dobrodziejko — odrzekł smutnie — daje wam Bóg i to niespodzianie, odstąpcież co komu należy i spełnicie wasz obowiązek. Dla pamięci nieboszczyka, który tę sierotę jak własne dziecko wychował i kochał jak córkę, nie dajcie jej ginąć, uczyńcie dla niej czego po was wymagał.
— Nic nie zrobimy, nic! — powtórzyła pani radczyni — jejmościanka może pójść pracować, nie cudzy grosz zabierać i na datki pośmiertne czyhać, a nam naszą własność wydzierać.



Tych słów domawiała pani Pękosławska, gdy nagle we drzwiach ukazała się blada z żarzącemi oczyma twarz Dosi i jak upior stanęła w progu, mierząc wzrokiem rozgniewaną kobietę i zakłopotanego jegomości. Znać było z jej wejrzenia, z poruszenia którego utaić nie mogła, że nadchodząc usłyszała rozmowę, i łzy jej po stracie opiekuna oschły dumą poczciwą.
— A waćpanna tu po co? — zawołała porywając się jejmość.
— Przyszłam tu tylko powiedzieć państwu, że jakakolwiek była wola tego, który mi się pozwalał ojcem nazywać, — ja od was i od niego nic nie przyjmę... Księże proboszczu, zaklinam cię nie żądaj nic dla mnie, ja nic nie przyjmę... Pójdę pracować i nikomu ciężarem być nie chcę.
To mówiąc rozpłakała się, oczy zakryła chustką i odwróciwszy się szybko odeszła na folwark. Pani Pękosławska i brat jej, na chwilę zawstydzeni i zmięszani trochę, już się zbierali na groźby i łajania, gdy piękna Dosia znikła im z oczów; proboszcz czując się