Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża czeladka Tom II.djvu/90

Ta strona została skorygowana.

pląsy w powietrzu... a fale powietrzne to ich podnoszą, to spuszczają, to zbliżą, to oddalą... i aniołowie osuną się, dźwigną, lecą, aż znów miłość i litość ściąga ich na ziemię.



Dosia umieściła się w karetce pocztowej z oczyma spuszczonemi, które jednak z pod rzęs długich umiały widzieć nie patrząc, z bijącem jakąś niecierpliwością sercem i rozmarzoną głową, a w niej więcej było pragnienia i nadziei niż obawy.
Naprzeciw niej siedział młody jakiś mężczyzna pożerający ją oczyma, ubogie znać chłopię, które pierwszy raz ujrzało zstępujący na ziemię ideał, i klęczało przed nim sercem i myślą zdumioną. On i ona składali na ten raz cały transport poetyczny przybywający w miasto; reszta bowiem podróżnych jechała z szyderstwem, na chłodno, i na nich zbliżanie się do stolicy robiło tylko wrażenie rewizji na komorze i powrotu do prozaicznego trybu powszedniego życia. A było ich czworo, dwie pary skrzyżowane tak, że stary, łysawy z wąsami, po miejsku ubrany jegomość siedział wprost naprzeciw Dosi, a gruba, biała, jeszcze wcale nie brzydka, ałe roztyła jejmość, widocznie rodem z miasta i życiem miejskiem przesiąkła, naprzeciw młodego chłopaka. Los zbliżając dwie istoty świeże, piękne i stojące jeszcze u wrót zamkniętych przyszłości, rozdzielił je szydersko, i wystawił na oddech i magnetyczną siłę wejrzeń, dobranych jakby na umyślnie dwojga przedstawicieli miasta i jego zepsucia. To zbliżenie jednak nie przeszkadzało chłopcu i dziewczynie sympatycznie rozglądać się w sobie i w wejrzeniach swych zaczerpnąć trochę żywiołu do nowych marzeń.
Wiemy już jak piękną była Dosia, jej wdzięk podwajała jeszcze obawa, nieśmiałość, położenie sieroce, nieobeznanie z tem co ją otaczało i grozić zdawało, odwagę bowiem i wiarę, z którą jechała zrazu, gubiła powoli po drodze i przestrach ją jakiś ogarnął paniczny.