Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża czeladka Tom III.djvu/158

Ta strona została skorygowana.

prosi, potem żonę swoją, a trzeciego dnia z miasta wyjedzie i da na piśmie, że nigdy tu nie powróci, a nie, to go kijem bić będę miał prawo publicznie... to zgoda!! i bez pojedynku.
Hrabia Tytus się rozśmiał.
— Łatwy jesteś do zgody — rzekł.
— My to tak wszyscy na Wołyniu — odparł Karol, siadając.
Dahlberg widział już z tej próbki, że tu nie ma co robić i zagadał czem innem, a w pół godziny jakoś znalazł się kapitan Rybacki, któremu gospodarz zaprezentował pana Karola i wzajemnie.
— Do twojej łaski i opieki uciekamy się kapitanie — odezwał się Tytus — pan ten, którego tu widzisz, zgniótł wczoraj na miazgę Bulskiego.
— Ale ba! słyszałem o tem...
— Musi się pojedynkować, a ty mu będziesz sekundował.
Kapitan potarł czoło i wąsy.
— To się nie odmawia — rzekł... — ale czy to jut nieodzowna?
— Dla mnie obojętna rzecz! — zawołał Karol, ja się bić nie potrzebuję, ale Bulski.
— Czy już przysyłał sekundanta?
— Dotąd nie...
Rybacki nie bardzo miał ochotę mięszać się w krwawą sprawę, ale łechtała go znów nadzieja śniadania i zgody, a młokos wydał się łatwym do poprowadzenia; pojechali więc razem do hotelu, czekając odezwy z przeciwnej strony.
Około południa zjawiła się wąsata deputacja, złożona z abszytowanego podpułkownika i ogromnego wzrostu austrjackiego jakiegoś eks-dragona. Szczęściem, obu tych panów Rybacki znał doskonale i poszedłszy z nimi na ustęp, mimo hałasu ich, powziął niejaką nadzieję, że bez krwi przelewu do szampana dojdzie. Popędliwy Karol nie dał mu się tem cieszyć długo, ogłaszając swoje warunki zgody, o które nie było sposobu nie tylko się układać, ale nawet mówić o nich;