Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża czeladka Tom III.djvu/188

Ta strona została skorygowana.

casz... Ja to od razu mówiłam, że nic dobrego nie wyniknie z takich częstych odwiedzin... a ludzie już gadają!
— Co powiadasz? już gadają? — rzekł sędzia udając zafrasowanego.
— I jak! Ja to dawno sędziemu mówić chciałam; juściż jej za niego nie wydasz?
— Dla czego? — spytał nagle Bundrys.
Pani Osmólska strapiła się i wstrzymała, ugryzłszy za język.
— Dla czego! — odparła po chwili — bo juściż dla Kostusi lepsza by się partja znalazła, i sto razy lepsza... ot pan Aleksander, to ale...
— A! jejmości zawsze pałace się uśmiechają! — przerwał sędzia — ja bo mam swoje o tem inne wyobrażenia. Ale powiedz-no dlaczego nie wydałbym Kostusi za Bronicza?
— Naprzód że grosza przy duszy nie ma... powtóre — mówiła Osmólska — matka jego słyszę chodzi jak prosta szlachcianka i kądziel przędzie, siostra... bez wychowania... familja nieznajoma... piękne stosunki!
Bundrys wciąż paląc fajkę głową kiwał.
— To ty chcesz, żebym ja moją Kostusię dał gołemu Uchańskiemu, coby sobie myślał, że jej łaskę zrobił, iż raczył się z nią ożenić? albo drugiemu takiemu pół-pankowi, czy całemu panu, coby mną i nią pomiatał!
— Ale juściżby sobie równego znaleźć mogła?
— A Bronicz to co?
— Zmiłuj się pan... mógłbyś go przyjąć za ekonoma...
— A ekonom to co — spytał Bundrys...
— Ja pana doprawdy nie rozumiem...
— Może być, jak się zowie, Osmólsiu, ale mnie zaraz zrozumiesz, gdy ci powiem, czego ja chcę... oto nie majątku, nie imienia, nie stosunków, ale szczęścia Kostusi, poczciwości, pracowitości w jej mężu, prawości i cnoty...
— Ale to wszystko wszakci i wyżej znaleźć można?