Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Boża czeladka Tom III.djvu/34

Ta strona została skorygowana.

szczęścia, gdzie się ono znajduje, ani wybrać cierpienia, które może być zbawienne. Módlmy się i ufajmy...
— A! gdyby też nie to — odpowiedziała staruszka — człowiek by nie wytrwał może...
I uśmiechnęła się rozpromieniając twarz weselem, które na pociechę drugich przybierać nawykła, i zabrała robotę dając dobranoc proboszczowi, krokiem powolnym wracającemu aleją z modlitwą na ustach, a tęsknotą w sercu.
Inni dworscy z pochmurne mi twarzami, rozeszli się po dworkach, a Bronicz z książką w ręku zadumał się nad sobą i tem co go tu niepojętego otaczało. Strach jakiś go ogarniał, wolałby być na wsi przy rodzicach, w cichej chacie, tu każdy krok obawę wzbudzał i zatruwał się myślą następstw jakie mógł za sobą prowadzić.



Właśnie się przygotowywano na wielkie owe polowanie w Romaszówce, gdy z dóbr pani Bulskiej nadjechał posłaniec z listem do chorążynej oznajmujący o jej powrocie z Warszawy, i zamiarze stałego zamieszkania na wsi. Skarżyła się w nim piękna pani na to, że nie miała domu w majętności swojej, że naprędce z folwarku przerabiać go musiała i wpraszała się znowu grzecznie do Borowej, obiecując być jak najmniej zawadną.
List ten zmieszał chorążynę, która nie widziała sposobu wymówienia się, nieprzyjęcia pani Bulskiej, a instynktowo obawiała się jej dla Aleksandra, martwiąc zarazem przestrachem jaki ona wzbudzała w starym. Utaić się z tym listem nie było sposobu, odpowiedzieć nań chłodno i odstręczająco nie pozwalały stosunki, pokrewieństwo, prosta grzeczność.
Posłano natychmiast dla porady po proboszcza, zszedł z pokojów swoich w niezwykłej godzinie chorąży mocno podrażniony, w domu całym szepty i do-