Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Czarna Perełka.djvu/115

Ta strona została uwierzytelniona.

tak znacznego kapitału, jaki by ze sprzedaży klejnotów mógł pochodzić.
Nazajutrz pan Alfred, zabrawszy corpus delicti, papiery... kilku ludzi, którzy mu jako świadkowie mogli być potrzebni, natychmiast odjechał nazad do Warszawy. We dworze popłoch, przestrach, żal, narzekania powstały ogromne; ludzie płakali i obwiniali jedni drugich. Szczególnie też zarzucano zdziecinniałej pannie Łowczance, iż musiała niestworzone popleść rzeczy. Ona sama poczuwała się w części do tego grzechu, płakała, zachorowała i trzeciego dnia potrzeba było posłać po doktora, gdyż słabość przybrała charakter groźny.
Gdy doktór wezwany z miasteczka przyjechał, Łowczanka już się na śmierć dysponowała. Uprzedził go ksiądz. Staruszka dogorywała... ratunku nie było. Umysł jej zbyt silnie wstrząsnął ciałem osłabłym, które uderzenia nie wytrzymało.
Nim hrabia Alfred dojechał do Warszawy, Łowczankę wyniesiono na parafialny cmentarz.
Można sobie łatwo wystawić, jak pożądanym gościem dla hrabiny był syn, przybywający z tak ważnymi łupy, z nadzieją pomsty i tryumfu. Natychmiast posłano po prawnika, nie chcąc lekko poczynać, i odbyto naradę. Możliwość procesu była oczywista, a w każdym razie jeśliby nie przyniósł owoców pożądanych, to jest odzyskania straty, przynajmniej na pewno mógł udręczyć i niepospolitej narobić wrzawy.
Skutkiem konsultacji było, iż wypracowane zaskarżenie o przywłaszczenie klejnotów po wojewodzinie przez jej wychowanicę Lenorę, podano do urzędu.
Wychowanica była Cyganką i córką złodzieja.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.