Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dola i niedola część I.djvu/123

Ta strona została uwierzytelniona.




Po obiedzie, który przeszedł dosyć smutnie, ożywiany tylko kiedy niekiedy rzuconém słówkiem weselszém Dyogenesa lub Baltazara, siedli wszyscy w pokoju, gdzie wisiał obraz Chrystusów, i gwarząc przebyli czas do wieczoru, na urywanéj, cichéj, posępnéj rozmowie. Zmierzchać poczynało, gdy widząc, że tu już nic do czynienia nie pozostaje, zebrał się Dyogenes do drogi, mimo usilnych zatrzymywań gospodarza; wziął swą skrzypkę pod pachę, a po długich pożegnaniach, przeprowadzony uroczyście przez Baltazara do wrot, wyszedł milczący.
— Ale gdzież pod noc iść myślicie? spytali go na rozstaniu; czy nie lepiéjby wygodnie przenocować, a o brzasku puścić się w drogę?
— A jeśli ja wolę nocą? — rzekł Dyogenes. Księżyc mi świeci, mam z nim dużo do gadania. Noce takie lubię: człek się czuje śmielszy niż we dnie, i dusza swobodniéj rozmawia z Panem Bogiem. Tu, gdybym najdłużéj siedział, nie przekonam pana Krzysztofa ani go pocieszę; niech Bóg czyni co wola Jego: darmobym gębę studził sobie, a jemu serce krwawił.
P. Baltazar popatrzał za nim smutnie. Dyogenes