Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dola i niedola część I.djvu/65

Ta strona została uwierzytelniona.

57
DOLA I NIEDOLA.

maitszych grymasów; pełno nerwowych ruchów w ramionach, w plecach, w nogach, w rękach. Nawet gdy stał spokojnie, ciągle nim coś targało i miotało. Studenci wcale się go nie obawiali, choć usiłował być groźnym; surowość jego uśmierzało roztargnienie, tak olbrzymie, że często rozgniewawszy się najmocniéj, w największéj passyi zapytywał naiwnie:
— Czegożem to ja się tak rozgniewał? hę? słyszycie?
Impetyk był, ale człek zresztą wcale niezły: groził i łajał straszliwie; nim do wykonania groźb przyszło, miękł i zapominał gniewu.
— Księże prefekcie, ratuj nieszczęśliwego siako tako! całując go w rękę zawołał Zamszyc. A toż to mi ten Adam O...czuk drapnął.
— Ha? co? tak? wiem! a tak! a nie pilnowałeś, a latali, a tego co się zowie! Otoż owoce... jak sobie kto się wyśpi, tak pościele (ks. prefekt często tak z pośpiechu wyrażenia przekręcał); a teraz woza do koza.. tego... zobaczycie. O! surowości potrzeba! przykładu! nie darujemy! Puszczaj mnie Wpan, bo ks. rektor czeka!
— Ojcze! ratuj nieszczęśliwego ojca familii!
— Nigdy! zbrodnia się stała! szkoła za nic! powaga zwierzchności zdeptana et sic porro, co to jest? chcecie pobłażania i wspólnictwa... tego... nigdy! Surowości potrzeba! surowości, wielkiéj i bezlitośnéj surowości... idę do ks. rektora...
— Ale cożem ja winien?
— Co? a któż? Wpan sam i jedynie! Chłopiec powierzony był jego opiece... z przed oczu niknie jak biały dzień w kamforze... to zgroza... Idę do ks. rektora.
Zamszyc ustąpił smutny, a prefekt poleciał ma-