Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/49

Ta strona została uwierzytelniona.

— Cyt! cyt! nagotuj pięćdziesiąt rubli i każ dawać śniadanie — może nie zabawi do obiadu.
— Ale ba! to dzień feralny! nie zechce mu się w słotę dalej... ja się boję, żeby nie nocował... I gdzie ja go postawię?! Skaranie boże!
Gdy tak lamentowali w salonie, dzwonek złowrogi zbliżał się, tętnił, hałasował... coraz mocniej, coraz ostrzej, aż czwórka koni ziejących parą zatrzymała się przed gankiem.
Sprawnikowi towarzyszył sekretarz i do usług ten sam chłopak, który z dorożką stał przed domem policmajstra, gdy się tam pierwsza scena dramatu naszego odbywała.


∗             ∗

Niema na świecie bardziej upokarzającej roli nad obowiązek gospodarza wobec nienawistnego gościa, którego dla pewnych względów poszanować potrzeba... Podsędek wyszedł, zmuszając się do uśmiechu, z rozradowaną twarzą, witać Szuwałę, zapewniając go, iż niezmiernie by zgryziony, że tak dawno jego wąsów nie oglądał, gdy w istocie klął w duszy natręta.
— Koniki do stajni! — zawołał. — Wyściskali się serdecznie i pułkownik w stroju podróżnym wszedł do salonu.
Tu już oczekiwał Załowicki i Rabczyński, a w dodatku kapitan Strzeżoga rezydent, niegdyś żołnierz napoleoński, z pokiereszowaną twarzą i legją honorową u surduta. Można sobie wystawić, jakie na nim Moskal wojskowy czynił wrażenie, dość powiedzieć, że był w pożarze Moskwy, pod Smoleńskiem i pod Borodino.
Sprawnik jednem wejrzeniem objął towarzystwo, jakby kogo szukał, obejrzał się po kątach, zdawał liczyć... przywitał się grzecznie, ale zimno i usiadł. Nie dano mu odpoczywać długo. Grześ w nowym szaraczkowym surducie, z guzikami białymi, nieposzlako-