Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.1.djvu/245

Ta strona została uwierzytelniona.

239
JASEŁKA.

— Oto mnie macie; klękajcie i czcijcie!
Nareszcie nadeszła chwila oczekiwana.
Był to dzień wiosny, ale już zielonéj, już jak lato gorącéj, która w kalendarzu jeszcze uchodzi za wiosnę, ale piecze, pali i niczém się już nie różni od swojego następcy. Cały dzień przypiekało okrutnie, ale choć żaden powiew wiatru nie łagodził skwaru, wieczorem zebrało się na prześliczną, pogodę. Słońce zaszło na tle niebios rozgrzaném, ale czystém, bez chmurki, bez obłoczku, a obfita rosa zlała spragnioną ziemię i wycieńczone zioła.
Miało się ku wieczorowi, gdy zabrawszy nóty, wiolonczellę i papiery, wszyscy mieszkańcy Robowa wybrali się wielkim szarabanem do pałacu w Zarubińcach.
Otto nawet pociągnął z sobą Martynka, który równie jak Janko nieprzywykły do świata, wzdrygał się jechać; ale otrzymawszy obietnicę, że będzie mógł stać w kącie, odważył się na ten krok bohaterski. Maks zajęty był, niespokojny, ale wyznać potrzeba, że więcéj może zaprzątał się ubraniem i węzłem chustki, niż przyszłą grą swoją.
Otto uśmiechał się poważnie i milcząco; Janko był blady i drżał. Ten strach przy atletycznéj postawie jego, dziwne mu dawał oblicze białego posągu.
Gdy tu pakowano w szaraban wszystkie przybory koncertowe, w Zarubińcach hrabia usiłował dowieść, że po pańsku wystąpić umie. Całe sąsiedztwo było już sproszone, uczta ogromna w pogotowiu; słudzy postrojeni w liberye, z dodanymi ze wsi chłopakami, których w starszą odzież poprzybierano, stawiając w mniéj wydatnych miejscach, krzątali się koło ostatka. Malczak nawet zrzucił zatłuszczony watowy kaf-