Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.1.djvu/301

Ta strona została uwierzytelniona.

295
JASEŁKA.

— Ja jestem spokojny — odparł hrabia podnosząc głowę — wiem co mnie czeka. Przez lat tyle oswoiłem się z moim bolem; stwardniałem na wszystko; wypadek ten mną zachwiał, wzruszył, zniepokoił daremnie... Potrzeba wrócić do pierwszéj obojętności, i powrócę.
Żółtowski milczał, Paweł zbliżył się ku niemu ostrożnie, i udając, że mimo przechodzi dla wzięcia szklanki ze stołu, wskazując palcem hrabiego, szepnął mu w ucho:
— Już bredził!
— Co ty tam szepczesz, Pawle?
— Nic: pytałem się o wanienkę na nogi, jakby czasem na wypadek była potrzebna.
Żółtowski popatrzał na obu.
— Posłałem po doktora, bądź spokojny — rzekł do Pawła; a hrabiego zapytał:
— Każesz mi pan tu trochę zostać z sobą?
— O! nie, nie! wiesz, że do ludzi nie przywykłem, prócz tych kilku, co mi tam w domu służą... samotnik jestem... Idź spać...
Wszystko to minie, dodał. Gdyby jednak co nadeszło nie tracąc czasu dawaj mi znać natychmiast.
Żółtowski wycofywał się powoli, ale mu na myśl przyszło, że lepiéj doktora zwiastować.
— Do nas tu co tydzień przyjeżdża doktor Szemere, Węgier, stary poczciwy włóczęga; gdyby przypadkiem przybył do naszych chorych... możeby...
— Ale dajże mi pokój z doktorem! czy to który z nich leczy? Ty wierzysz jeszcze w doktorów, Żółtowski? zawołał śmiejąc się. Doktor każdy najlepszy jest dla siebie, zresztą na złamaną nogę lub nabitego guza; ale na to co we mnie siedzi i boli, taki głupi