Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.1.djvu/315

Ta strona została uwierzytelniona.

309
JASEŁKA.

jakąś rozrywką, i działał nań jakoś magnetycznie. Nie zwrócił się ku nim, gdy weszli. Twarz jego nagle wychudła, żółta, oczy wpadłe, nic dobrego nie wróżyły; samo głębokie zamyślenie zwiastowało, że boleść go opanowała.
Otto podał mu rękę, nie chcąc widzieć cierpienia.
— Co ci to, kochany Hermanie?
— Nic, teraz już nic.
— Powinienbyś się dźwignąć, zmusić, to czasem pomaga. Trzeba gwałt sobie zadać. Ja znam takie upadki ducha.
Hrabia się uśmiechnął, odwrócił i ruszył ramionami.
— Ty tego nie znasz, rzekł; bom i ja tego nie znał, co mnie teraz napadło. Człowiek całe życie broni się wszelkim słabościom, aż gdy podupadnie, na raz się one mszczą na nim, obsiadając go ze wszystkich stron. Któż tam jest drugi? spytał rozglądając się. A! Żółtowski! No, siadajcież, a nie śmiejcie się ze mnie.
— Rzecz wcale nie do śmiechu, odezwał się Otto.
— Owszem, śmieszna, gdy się ją weźmie tak, jakem ja ją niedawno sam uważał. Stary, żył sam i dobrze mu było z naładowanemi workami; na raz napadła go tęsknota, głupi! Po kimże? po dziecku, które się go zaparło; po więzach, od których całe życie starał się być wolnym; po kłopotach i biedzie...
— Ale to uczucie święte...
— Jak dziś u mnie, to tylko może chimery chorego człowieka, któremu się czegoś z nudów zachciało.
Żółtowski ruszył ramionami; Otto zaprzeczył.
— W tém nie ma nic dziwacznego... chcesz sobie tylko dziwnie to tłómaczyć. Psujesz sobie życie