Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.2.djvu/155

Ta strona została uwierzytelniona.

147
JASEŁKA.

z sobą, przepędzą. Niecierpliwił się nawet, że konie szły powoli, a im bliżéj był, tém mu się zdały wlec nudniéj.
Nim bryczka stanęła, wyskoczył i już był w ganku, a rzucając okiem niespokojném wkoło, postrzegł koczyk wytworny, oznajmujący mu, że zastał gości.
Gość nie w porę gorszy od Tatara, mawiali starzy; Juraś to sobie powtórzył po cichu. Potrzeba mu było saméj stryjenki i Loli, poufałéj z niemi rozmowy, uspakajającéj, serdecznéj, a tu... Zatrzymał się nieco w ganku, tak mu się przykro jakoś zrobiło, ale trzebaż było wejść nareszcie.
W małym saloniku, który skromnie, ale ładnie urządzony był staraniem Loli, a wedle opowiadań matki, miał jéj nieco przypominać dawne czasy, siedziała na kanapie milcząca hrabina, obok roztargniona Lola, a na krześle wyprostowany, nadzwyczaj wytwornie ubrany, bardzo piękny mężczyzna, jakby wprost z paryzkich przeniesiony tu bulwarów.
To zjawisko, zwłaszcza w okolicach Warszawy, nie jest tak bardzo rzadkie; jednakże egzemplarz ten odznaczał się pięknością i wart był opisania przez professora Wagę. Ten piękny okaz rodzaju owadu, który nam zjada niejeden listek zielony, niejedną zabrzydza grzędę, niejeden posiew marnuje, zdałby się do gabinetu entomologicznego.
Emil Bączyński, o ile po świecie dowiedzieć się było można, wcale nie należał do tych liszek, z których się wylęgają motyle salonowe. Ojciec jego apteros (bezskrzydły), prosty ziemianin, sługiwał po panach, był rządcą, potém dzierżawcą, handlował wołami i tém stworzeniem, które nie wiem dla czego