Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.2.djvu/295

Ta strona została uwierzytelniona.

287
JASEŁKA.

Ale z obawy jakiéjś urojonéj odpowiedzialności, jak to u nas prawie zawsze bywa, nikt ani śmiał wnijść, ani odciąć wisielca. Rozbiegli się tylko ludzie przestraszeni, jedni do dworu, drudzy do wsi, nie wiedząc sami co począć. Lacyna dawno już nie żył.


W Horycy, dokąd z niewielką nadzieją powróciła zaraz p. Izabella po dwudniowym pobycie u hrabiny, Jerzy równie niecierpliwie oczekiwał matki i swojego posła. Matka nareszcie przybyła, usiłując go natchnąć otuchą, któréj nie zdobyła sama; ale smutna, zamyślona, utaić nie mogła, że hrabia przełamać się nie daje, że trzeba cierpieć i czekać. Długie godziny spędzali razem na opowiadaniach, rozpytywaniu, jak p. Izabella zastała usposobioną hrabinę, jak znalazła biedną Lolę. O niebezpieczeństwie jéj nie chciała mówić Jerzemu, ale go też nie uwodziła kłamstwem o jéj zdrowiu: przyznała, że jest chora. Jerzy czekał tylko na swój list odpowiedzi, aby uspokojony nieco, rozpoczął życie lub pobiegł choć ukradkiem ją zobaczyć.
Tymczasem dni rachował napróżno; mijały jedne za drugiemi, o Lacynie słychać nie było. Jerzy dziwił się, niepokoił, kłamał przed sobą i czynił przypuszczenia różne; ale w końcu nic już tak długiego oddalenia posłańca usprawiedliwić nie mogło. Jednego ranka pod pozorem odległego polowania, pożegnawszy matkę i prosząc, by o niego była spokojna, siadł ze strzelbą na konia i ruszył sam jeden. Przywykły był do przejażdżek dalekich i czuł się w swoim żywiole,