Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.2.djvu/323

Ta strona została uwierzytelniona.

315
JASEŁKA.

Zabawa przeciągnęła się późno w noc, Maks ożywiał jak mógł towarzystwo, i choć żona jego chora była na głowę, państwo Jędrzejowstwo czekając na księżyc, dosiadywali do drugiéj.
A złożyło się tak jakoś dziwnie, że cały prawie wieczór Aneta była przy Jerzym. Z początku mówili o Loli, potém o kobietach, potém Aneta wpadła na niespodziane wyznania.
— Pan nie uwierzysz — rzekła — jak jestem stara, jak mnie już nic na świecie nie bawi, nie obchodzi, nie zajmuje. Patrzę obojętnie na ludzi: śmieszą mnie, napełniają litością, nie pociągają ku sobie. Tak to łatwo stracić tę epidermę młodości, która już nigdy nie odrasta, ten pyłek owocu, który lada podmuch zwieje, lada dotknięcie unosi... A to tak dobrze być młodym!
— Ale tak trudno! rzekł Jerzy.
— Jednak są ludzie na wieczną młodość stworzeni! odparła Aneta.
— Chyba na wiekuiste złudzenia i omyłki, dodał z westchnieniem młody człowiek.
— Nie, nie! na świeżość uczucia, która się nie wyczerpuje. Znam takich, których nawet gwałtowna miłość nie potrafiła oziębić, którzy z równą siłą kochali kilka razy w życiu.
— Tego nie pojmuję, zawołał Jerzy, — chyba uczuciem różném, przywiązaniem chłodniejszém, szacunkiem, przyjaźnią, którym niewłaściwie dano nazwisko miłości.
— Nie! nie! Są rośliny, co raz kwitną tylko, i co się rok cały okrywają kwiatami: czemużby i człowiek nie miał być różnie uorganizowanym?
— Może... nie wiem... ale sądzę, że takie uczucie jak