Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Jasełka Cz.2.djvu/65

Ta strona została uwierzytelniona.

57
JASEŁKA.

kój się, nie mówmy o tém. Cóż tak wielkiego się stało? Dla mnie to nic, to szczęście! to właśnie czego chciałem!
— Ale dla nas! dla nas! przerwała rozpłakana znowu hrabina. Myśl na co nas wystawia ten testament! na ludzi czyhających, by cudzą własność pochwycić, rozumiesz ty to! Na Boga, ty chyba jeden, poczciwe dziecię, bronić nas będziesz.
Gorączkowo, przerywanemi słowy mówiła biedna kobieta, a łzy strumieniem płynęły po jéj twarzy.
Lola z żywém uczuciem zbliżyła się do Jerzego.
— Gdybyś ty widział — rzekła — co mama wycierpiała, ile łez się jéj wylało! Ja nawet pocieszyć jéj nie mogę, tak się tém gryzie i męczy! Potrzebny nam byłeś, żeby ją uspokoić; dziękuję ci, żeś przyjechał.
— Stryjenko, na Boga, nie mówmy o tém.
— Będziesz zapewne widział się z Rajmundem?
— Muszę: chodzi mi o stare sługi.
— Jakże się wy spotkacie? wszak mu wymówek robić nie będziesz?
— Ja? za cóż? Nie żądał tego; przyjął i jest w swém prawie.
— Ale on się trochę gniewa na ciebie, po cichu dodała Lola: i to ci wiedzieć potrzeba.
— Nie! nie! Mógłżeby się gniewać? za co? Co ty pleciesz, dziecko moje! — przerwała matka. Jest smutny, że nie chciałeś go posłuchać, żeś tak uciekł...
— Jeszcze raz, kochana stryjenko, nie mówmy o tém. Wszystko się stało dobrze; źle tylko, że twoje oczy zapłakane i Lola nieswoja.
— A! byleby to tylko przeszło, ja się zaraz rozweselę! zawołała uśmiechając się dzieweczka: zobaczysz, Jurasiu!