Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kamienica w Długim Rynku.djvu/130

Ta strona została uwierzytelniona.
— 123 —

dynkom, które nie starzeją. Oczy, rumieniec, usta, promieniały jakąś młodością niedokończonego życia.
— Nie dziwuję się temu łajdakowi Wudtke że dla niéj szalał, ale nienawidzę bestyi że ją mógł porzucić... i przysięgam mu zemstę dozgonną...
Ani przed Jakubem, ani przed Klarą, nie przyznał się wszakże pułkownik do téj swojéj wycieczki.




Tymczasem list Klary, z którego ciężką boleść wyczytał Teofil, zmusił go przybyć do Gdańska natychmiast... po raz to piérwszy jechał bez pozwolenia ojca i wahając się nawet czy się z nim widziéć będzie. Przykro mu było ukrywać ją przed nim, walczył z sobą jak postąpić, i stanąwszy wieczorem, nie pewien jeszcze co pocznie, unikając pytań i tłumaczeń, zaszedł do gospody, rzucił tam torbę a sam pobiegł do weneckiego domu. Klara spodziéwała się tego dnia listu, nieodebrawszy go przeczuwała iż sam przyjedzie... niespokojna chodziła do okien... gdy nagle pokazał się w progu pokoju w którym ona i Wiktor milcząco siedzieli u wieczorowego stolika. Jakuba interes jakiś wstrzymywał w mieście. Po przywitaniu milczącém domyślił się pułkownik że będzie tu zbytecznym; nie odchodząc całkiem, usunął się do drugiéj sali pod pozorem cygara. Teofil mimo wszelkiéj siły jaką miał nad sobą i większéj jeszcze wiary w serce