Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Klin klinem.djvu/102

Ta strona została uwierzytelniona.

łapał ludzi na ulicy, a czatował na nich w ganku. Była to najstraszniejsza egzekucya w świecie. Brał sobie za punkt honoru dojadać tak, że sam widok jego przerażał tych, co mu na pastwę dani byli.
W prawdzie poczciwy starowina nie miał nic więcej do roboty, nad amatorskie owo dopilnowanie spraw mu powierzonych i łagodne sprzeczki z jejmością, która zaczynając płakać rozbrajała go natychmiast, po czem następowała najczulsza zgoda i miłość.
Do Prozorowicza z prośbą o dopilnowanie interesów udawali się najrozmaitsi ludzie, a obywatelstwo na okół, aż po za Berdyczów i Dubno znało go i kochało. Otrzymywał za te małe przysługi, zające, sarny, powidła i inne tego rodzaju podarki, które jejmościną spiżarnię zaopatrywały.
Dnia tego właśnie gdy od Cioci Turskiej powrócił Prozorowicz, jeszcze do domu nie doszedł, gdy zobaczył spiesznym krokiem ku dworkowi dążącego mężczyznę młodego, zwracającego na siebie oczy przechodniów. Był to znajomy mu dobrze pan Pius Solecki. Historya tego człowieka dosyć ciekawa, znaną była dobrze Prozorowiczowi, w którego oczach wyszedł cudem na człowieka. Początki jego były nader skromne, sierota ubożuchny, acz prawdopodobnie szlachcic, chodził do połowy szkół czyszcząc buty paniczom. Z nauki szło mu tępo, od trzeciej więc klasy począł się starać o kondycyą i poszedł w Czudnowszczyznie gdzieś służyć za pisarza. Tu go wojującego z dziurawemi butami i niecałym surdutem, spotkało całkiem niespodziane szczęście. Jakiś Solecki w Owruckiem, który się spekulacyami i skąpstwem dorobił olbrzymiej fortuny, a o którym Pius ani wiedział, zmarł bezdzietnie i bez testamentu. Nader zręczny prawnik złapał owego pisarza prowentowego obiecując mu sukcessyę za pewną umówioną kwotę dosyć znaczną. Pius, który butów nie miał, zgodził się na wszystko i prawnik per fas i nefas