Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Klin klinem.djvu/141

Ta strona została uwierzytelniona.

— Będę pisał — co dzień! dorzucił Bernard.
Seweryna spuściła oczy...
— Któż wie — kończył, może to chwila stanowcza — może potrafię skłonić matkę...
Kobieta niedowierzająco potrząsła główką.... Nie spodziewam się — szepnęła.
— A! mój Boże — chwytając jej rękę niemal gwałtem i niosąc ją do ust, rzekł Bernard — ani słowa czulszego na wyjezdnem, ani wejrzenia coby mi wlało odwagę, Sewerynko! jakże ty dla mnie jesteś nielitościwą. Ja cię nie poznaję...
— Panie Bernardzie — pan mnie zamęczasz temi wymówkami, poważnie poczęła Fantecka — ja komedyi grać nie umiem — jestem zawsze taką jak mnie Bóg stworzył...
— Byłaś inną, czulszą...
— Złamało mnie nieszczęście.
— I wystudziło serce?
— Panie Bernardzie...
Zamilkł biedny — zrobiło mu się przykro...
— I tak się rozstaniemy? spytał.
— Czy chcesz żebym ci się przy Balbinie na szyję rzuciła.
Trochę dotknięty Bernard chciał wstać, pani Fanteckiej w końcu się go żal zrobiło. Tego ranka porównywając jego szlachetne rysy i twarz piękną, z pospolitą bardzo Soleckiego, przyznawała w duchu, żal jej trochę będzie dymisyonowanego anioła. Następca nie miał kwalifikacyi tej, ale na męża był tem wyśmienitszy.
— Śliczne chłopię, rzekła w duchu — i takie czułe! Jaka to szkoda, że ta matka... i te pieniądze i ten rozwód...
Uśmiechnęła mu się, ścisnęła jego rękę, szepnęła czulszych słów kilka. Bernardowi jak od promieni słonecznych rozjaśniło się lice, pochwycił jej rękę cisnąc do niej usta gorące... Zarumieniła mu się twarz; Pani Balbina patrząc na to doświadczyła jakby zazdrości.