Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Klin klinem.djvu/24

Ta strona została uwierzytelniona.


Rozstawszy się z Seweryną, pan Bernard jakiś czas jeszcze błądził wśród moczarów i zarośli, sam nie wiedząc dobrze co robi; — szedł, powracał, siadał na spróchniałej kłodzie, wstawał, włosy długie przebierał rękami, jakby mu ciężyły, twarz jego to smutniała, to się jakiemś szczęściem uśmiechała. Lecz do uczucia tego mieszał się niepokój widoczny. Dodawał sobie męztwa napróżno, znać w nim było człowieka niepewnego siebie i zakłopotanego szczęściem własnem.
Mrok padał już coraz gęstszy i niebo zaczynało przybierać tony sine i zimne wieczora, gdy wydobywszy się z łóz i zarośli, pan Bernard z dziupli wypróchniałej wierzby dobył schowaną w niej dubeltówkę, zawiesił ją na ramieniu i krokiem pewniejszym poszedł ku grobli... Wiodła ona ku młynowi i karczemce, przy której widać było na pniaku siedzącego chłopca, trzymającego dwa osiodłane konie... Groblą szli z pola ludzie z pługami i bronami, pędzono bydło i owce, i nasz myśliwy musiał się trzymać po za wierzbami, któremi osłoniona była grobla, aby te wieczorne mijać pochody.
Niektórzy przechodnie pozdrawiali go, inni zdala, z ukosa nań spoglądali — pan Bernard szedł jak gdyby nie bardzo chciał być widzianym. Młynek szybko przeminął i doszedłszy karczemki, chwycił z rąk chłopaka cugle, aby skoczyć na konia... Wierz-