Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Komedjanci.djvu/398

Ta strona została skorygowana.

— A, nareszcie! — rzekł, padając odrazu na kanapę salonu z nogami — przyjechałeś nam, Wacławie! Czekałem cię jak kania dżdżu, jak się to mówi... Ale stanąłeś w dziurze, pozwól sobie naprzód powiedzieć.
— Hotel bardzo porządny.
— Cóż znowu, któż przyzwoity staje w hotelu Wileńskim, Krakowskim lub jakimś tam drugorzędnym. Mauvais genre! Któż tu do ciebie zajrzy? Powinieneś był wiedzieć, że w Warszawie są dwa, najwięcej trzy hotele: dla bogatych — Angielski, to cię zaraz stawi na pewnej stopie; dla artystów i ludzi dystyngowanych — Rzymski, dla arystokracji i starych lubiących spokój ludzi — Gerlacha; krom tych niema, tylko dziury, karczmy i brudy. Rzymski nawet już pachnie mi nieciekawie; wprawdzie stał w nim Lamoriciere, ale w Angielskim na dole miała miejsce ta sławna scena Napoleona z ks. Pradtem, gdy w zielonej aksamitnej wilczurze wracał z Moskwy i Berezyny.
— A cóż mi do Napoleona i do ks. Pradta! — rzekł, ruszając ramionami, Wacław.
— Przecież musisz żyć z ludźmi, a któż cię zechce szukać w hotelu Wileńskim! Fi! przeniesiesz się dzisiaj.
— Kiedy mi tu dobrze! Przyjechałem tylko dla moich interesów.
— Ale się musisz zapoznać, pobawić, rozerwać.
— Zmiłuj się! mnie tak smutno i pilno do domu!
— Szczęśliwyś zaprawdę! — odpowiedział Sylwan, ruszając ramionami. — Urodziłeś się, widzę, na wieśniaka i domatora; co ja, tom tu dopiero poczuł, że żyję, innym jestem człowiekiem: jestem w swoim żywiole. Co za ludzie! jaki świat! A propos, a masz z sobą pieniądze?
A propos“ było dość niezręcznie przypięte, ale rozśmieszyło Wacława w duchu; twarz jego jednak spoważniała i odparł obojętnie:
— Mam ich ledwie tyle, co koniecznie wziąć było potrzeba.