Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom I.djvu/232

Ta strona została uwierzytelniona.
232

płana? — odparł Kordecki — konieczność tylko czyni z nas żołnierzy, a widok tych umarłych w grzechu... w złości, z przeklęstwy na ustach, jak niema boleć i smucić?
— Na to wojna, — rzekł Zamojski — lecz jeśli myślicie tak opłakiwać każdą nieprzyjaciela stratę... —
W téj chwili uwaga ich odwrócona została sceną szczególniejszą; z fossy pod murami klasztoru wysunęła się postać niewieścia, w płachtach białych, jakby mara z grobu wstająca; ze śmiechem poczęła witać szwedów i kłaniała się im od ust, wskazując na bramę klasztoru, na kościół i mury.
— A to nasza żebraczka! — rzekł przeor — dziwna rzecz jak ją to wszystko nie zastrasza, nie schroniła się nawet do klasztoru.
Kostucha wyszła ze swéj kryjówki śmiało i w oczach wszystkich poczęła, powolnym krokiem obchodząc mury od strony północnéj, coraz się schylać ku ziemi jakby co zbierała; chociaż ogień szwedów, acz nie zawsze dosięgający murów, z tego właśnie boku był najżywszy. Kule padały tu i ówdzie, na wpół w ziemię wryte, niektóre bezsilnie zostały na wierzchu, inne od murów odskoczywszy się, toczyły ku fossom