Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom I.djvu/334

Ta strona została uwierzytelniona.
334

ich wieszać potrzeba żeby zmusić tło kopania góry!! A jesień ciężka, a lud mój marznie i choruje, a zima za pasem! ślicznieśmy się tu wparli! Wejhard milczał.
— Pozwoli generał pójść panu staroście? spytał dawszy mu się wygadać.
— A! jeśli chce niech rusza! — obojętnie rzekł Miller, — z Bogiem, ale ja sobie z tego nic nie obiecuję.
— Ja dawniéj i lepiéj znam Polskę, — rzekł Wejhard, — u nich najgwałtowniejsze wybuchy, z przeproszeniem panów, dodał postrzegając pułkowników polskich — sąsiadują ze zwątpieniem i rospaczą, gdy się najmocniéj rwą, najbliżsi są poddania, i dzisiejsza wycieczka dowodzi tylko desperacji.
Niektórzy z Sadowskim potwierdzili to postrzeżenie hrabiego, inni milczeli; starosta na znak Wejharda powstał, i wyszedł zaraz; a biesiada ciągnęła się daléj i pijatyka wkrótce zawróciła głowy wodzom którzy szydząc, skarżąc się, śmiejąc, grożąc i złorzecząc Polsce a klnąc wojnę, zaleli w sobie wkrótce resztę serca i myśli.