Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/104

Ta strona została uwierzytelniona.
104

dzę, opasywać ją jak najściśléj, krzykami, postrzałami uciemiężając mnichów, którzy się bronić nie mogli.
Sam, co chwila niecierpliwszy i chmurniejszy, całą swą złość na Wejharda wywierał, zawsze jeszcze przypisując mu, wszystek wstyd i klęski swoje.
— Gdyby nie ty panie hrabio, — mówił — byłbym swobodnie i wygodnie w Prusach się wylegał, gdzie i kraj lepszy i przynajmniéj cośbyśmy do téj pory zrobili, a tu stoim i sromotnie targamy się z mnichami, którym rady dać nie możemy.
— Ale panie generale, jesteśmy u celu! — powtarzał Wejhard.
— Gdzież ten cel? racz mi go wskazać.
— Wszakże niemal wzięliśmy Częstochowę, już ultimis spirat.... za kilka godzin się podda. Wachler zaręcza, że i prochu nie mają i załoga ręce wyciąga; byle najmniéj jéj pomódz, to się zda.
— Czemuż się nie zdaje?
— Szturm przypuścić, — rzekł Wejhard.
Rozśmiał się Miller.
— Nie zrobiwszy wyłomu! nie zasypawszy fossy?