Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Męczennicy Cz.1 Na wysokościach.djvu/289

Ta strona została uwierzytelniona.

Tu na nią czekała matka strwożona, i poprowadziła do pokojów, gdzie Jadzia padła na krzesło, wybuchając płaczem.




Obok dworku doktora, w domku, którego połowę najęto od wdowy po urzędniku, mieścił się teraz już powoli do zdrowia przychodzący pan Celestyn...
Stało się czego księżna najmocniej życzyła sobie. Jadzia, której zdrowie wymagało porady doktorów, pojechała z matką do Warszawy, sam mąż się tego domagał — jego wziął doktor w opiekę... Była zima już... Chory powolnie do sił przychodził, a młodość jego bezpowrotnie już znikła; zestarzał się nagle o lat dziesiątek. Włosy mu wypełzły z głowy prawie zupełnie, oczy przygasły. Śliczne rysy twarzy wychudzone, były jakby szkieletem dawnej męzkiej jego piękności. Cierpienie swe znosił z męztwem i rezygnacyą, która go w oczach wszystkich podnosiła. Opuszczony zupełnie, bo się ledwie o niego dowiadywano, bez zasobów, bo resztką własnego grosza się utrzymywał, nietylko nic nie żądając, ale nic nie chcąc przyjąć od żony, która w początkach ofiarowała pomoc swą — Celestyn oszczędzając się, żyjąc po dawnemu, dni spędzał na pracy, do której powrócił z nowym zapałem.