Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Mogilna T. 1.djvu/121

Ta strona została skorygowana.

szej izbie siedzącego z Marynką. Niewiele wszakże obchodziło przybyłego, co tu robił Niemiec, dość było że go pochwycił.
— A to przyjemna siurpryza! — zawołał, witając gospodynię razem i nieco pomieszanego pana radcę, wszak to ja za panem dobrze gonię, a że go nie zastałem w domu, myślałem tu spocząć i odwiedzić pana Tygla, gdy tak szczęśliwym trafem... i jego tu znajduję. Radca milczący się skłonił. Piękna panna, serdecznie witając dobroczyńcę, zakrzętnęła się około podwieczorku po polsku, a znać było z jej twarzy, iż przybyciu pana Romana była rada.
Niemiec za to miał surową minę, stał milczący, i choć z twarzy umiał uczynić co chciał, przelatywały po niej jakby chmury nadąsania złośliwego.
— Bardzo mi będzie miło, odezwał się Niemiec z wymuszoną grzecznością, gdy pan nieco odpocznie, służyć mu dla pomówienia o naszym interesie do mojego domu.
— A tużbyśmy go ukończyć nie mogli? wtrącił prezes.
— Nie sądzę, bąknął Larisch, będziemy swobodniejsi u mnie.
Niepodobna było nalegać, pan Roman skłonił się tylko, ale go to ukąsiło jak jaka zła wróżba. W chwilkę potem Marynka sama, niechcąc zapewne popisywać się ze sługą, która nie była bardzo pokaźną, przyniosła kawę, staroświeckie sucharki, masło i na co ubogi dom stać było. Usiłowała z właściwą sobie przytomnością umysłu rozbroić swoich gości, ale napróżno, oba silili się na twarze spokojne i uśmiechy