Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Mogilna T. 1.djvu/47

Ta strona została skorygowana.

ła ona przeznaczona już na zwalenie i Tygiel się do niej wprosił w komorne do czasu, bo Niemiec kolonista wolał by mu ta ruina procentowała jeszcze nim jesienią ją wywróci, zaorze i zasieje. Z dawnych ogrodów wyciętych i wytrzebionych pozostała tylko kępka bzów prostych i trochę wiśni dzikich przy płocie. Mała obórka przypierała do budowelki, która niegdyś pamiętała może szczęśliwsze czasy.
Kazia popatrzyła ku chatce.
— Tak mi się pić chce, rzekła pocichu. Gdybyśmy poszli ku temu domkowi, tam przy nim studnia być musi, a jużciż wody to i Niemiec nie odmówi.
— Chatka tak biednie wygląda, że trudno zaręczyć czy w niej i wody dostanie — zawołał Witold — powtóre nie ręczyłbym, jeśli tam mieszka kolonista, że nas psami nie wyszczują. Ale, dodał po namyśle wpatrując się w domek, poszedłbym o zakład że tam Niemiec nie siedzi, chyba jaka nasza bieda.
— Chodźmy! ozwała się Kazia, dając dobry przykład i wysuwając się już przodem. Witold nie widząc nic zdrożnego w tej wędrówcę, poszedł za nią.
Ścieżyna nie dostrzeżona wiodła przez pole do lasu, niewiadomo kto ją wydeptał, ale widocznie uczęszczaną była. Kazia wyobraziła sobie że owa prześliczna Marynka musiała tu na przechadzki się wykradać do starych dębów i szumu zielonych gałęzi.
Gdyby Witold był domyślniejszy, po coraz żywszym chodzie siostry byłby się może dorozumiał iż nie dla wody tak śpieszyła. Zbliżając się do chatki,