Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Mogilna T. 1.djvu/67

Ta strona została skorygowana.

wychował się w ubóstwie, bo pokarm ten w Niemczech u ludu jest najgłówniejszym. Stanowi on podstawę życia. Są rodziny, są wyrobnicy, co oprócz piwa i chleba a masła, cały tydzień więcej nic nie znają.
— Jakto — spytał August — ale zdaje mi się że Mogilna, to jeden z najpiękniejszych, najbardziej pańsko wyglądających majątków okolicy? Ci państwo żyją na wysokiej, arystokratycznej stopie. Młody Witold nie żałuje sobie nic, powszechnie mają go za bogatego...
Larisch, który bardzo starannie smarował swój chleb masłem, począł powoli.
— Tak, i oni się mają za bogatych. W tych rodzinach tkwi przekonanie jakieś niewyrozumowane, że bogatemi być muszą, że im życie winno się tak snuć jak snuło. Dla tego często aż po nad brzeg przepaści posuwają się, nieświadomi niebezpieczeństwa, nie chcąc go widzieć, zawiązując sobie na nie oczy. Lękam się bardzo by ów dobroduszny i zresztą zacny człowiek pan prezes, nie znajdował się w podobnem położeniu. Rodzina jego straciła już znaczną część dawnych swych posiadłości, a nie zmieniła wcale trybu życia lub jak najmniej. Wiem o tem że tam gospodarstwo idzie wcale nie ciekawie, że długi rosną i że się nikt o to nie troszczy.
Przebudzenie może być smutne.
— Jakto? byliżby tak blizko ruiny? Tak blizko, nic o tem nie wiedząc, nie domyślając się?
— Blizko? no, nie wiem, mówił powoli Larisch — to się rozrachować nie daje. U nich (położył nacisk mówiący na wyraz ostatni) u nich, nic się nie obrachowuje, a rachuje jak najmniej. Tam rządzi ślepa wiara w Opatrzność, na którą zdaje się prowadzenie